I kto to będzie czytał?!

Uczestniczyłam ostatnio w wykładzie organizowanym przez Jasona Hunta (polecam wszystkim, którzy myślą o blogowej twórczości). Zresztą przyznam uczciwie, że uczestniczę we wszystkich jego wykładach (no dobra, opuściłam jeden, o Instagramie, nie tylko dlatego, że ciągle jeszcze nie mam tam konta, ale z powodu natłoku zajęć), bo uważam je po prostu za wartościowe. Nie żal mi na nie czasu. Jason – rzec można – zjadł na blogosferze zęby, tworzył ją od podstaw, zatem od kogo się uczyć i czyimi radami się inspirować, jak nie jego? Gdybym tylko systematycznie i na czas wdrażała je w życie…

Jasona, a właściwie Tomka, bo nie zawsze tworzył jako Jason, podczytuję od wielu, wielu lat. Blisko od dekady, gdy jeszcze zwał się Kominkiem. Ostatnio mniej pisze, za to więcej szkoli. W obu dziedzinach jest pewny swoich działań, i ta pewność daje siłę też innym. Ale nie o tym chciałam, bo jego marka nie potrzebuje pochwał ani rekomendacji.

Wracając do sedna. Jason w swoich wykładach i szkoleniach używa slajdów, które zawsze głęboko zapadają w pamięć (przynajmniej mi). Proste, acz wymowne. Ten zahaczył również o moje emocje.

JEDNO PYTANIE, KTÓRE CODZIENNIE KOGOŚ ZABIJA: I KTO TO BĘDZIE CZYTAŁ?

Jason przywołał to pytanie w kontekście osób, które znajdują się w naszym otoczeniu i niejednokrotnie tak właśnie podcinają skrzydła potencjalnym autorom. Napisałam potencjalnym, bo po takich słowach nie każdy nim zostanie. Choć mógł. Chciał. Ale zwątpił, poddał się, nawet nie spróbował.

Wiecie jak było ze mną? Milionpięćsetstodziewięćset razy usłyszałam: i kto to będzie czytał?! Od osoby, która zna moje najczulsze punkty, wie gdzie trafić, żeby złamać wolę. OD SIEBIE SAMEJ. Sama sobie robiłam to kuku przez wiele, wiele lat.

Nauczyciele mi mówili: pisz. Bliscy mi mówili: pisz. Znajomi mi mówili: pisz. A ja mówiłam sobie: i kto to będzie czytał?

W liceum miałam taki okres, że naprawdę intensywnie rozważałam studia dziennikarskie. Zaraz po liceum załapałam się nawet na chwilę jako „dziennikarz” w lokalnej gazecie. A potem na kilka lat – osiem – całkowicie odstawiłam pisanie. Nie przypominam sobie, bym w tym czasie tworzyła jakiekolwiek teksty (choć może pamięć mnie zawodzi). Zew był jednak silniejszy. Zaczęłam pisać. Do szuflady. Tylko ona o tym wiedziała.

Nie wiem dlaczego, ale w ogóle nie wierzyłam, że mogłabym z tym wyjść do ludzi. Mam jednak to wielkie szczęście otaczać się wspaniałymi, mądrymi, wielkodusznymi, życzliwymi, przyjaznymi osobami (choć na co dzień nie mam dla nich zbyt wiele czasu i wstyd mi z tego powodu), które w pewnych okresach mojego życia dawały mi mentalne – jakże potrzebne, okazało się po czasie – kopniaki motywacyjne.

Nie sposób wspomnieć o wszystkich, ale przytoczę kilka z sytuacji życiowych – „motywatorów” – które mocno zapadły mi w pamięć.

Swego czasu – zbiegiem różnych okoliczności – pomagałam w sprzątaniu domu pewnego redaktora naczelnego. Któregoś dnia jego żona powiedziała do mnie: “Dziewczyno, ty powinnaś pisać!” A ja zapłonęłam rumieńcem i prawdopodobnie spuściłam głowę. Bo może i moje serce tego pragnęło, ale jakiś wewnętrzny krytyk mi wytykał: „Pisać? Wybij to sobie z głowy, ty ledwo do sprzątania się nadajesz!” Jeśli kiedyś jakiś Wasz wewnętrzny „doradca” będzie prawił Wam takie „komplementy”, poślijcie dziada, gdzie jego miejsce, nie tolerujcie go w swojej głowie tak długo, jak ja to czyniłam.

Kiedy tak sobie wiodłam taki mizerny żywot, czasami, by dorobić parę złotych, rozwiązywałam krzyżówki w lokalnych gazetach i brałam udział w rozmaitych konkursach. Układałam różne rymowanki, które wyróżniały się na tyle, że byłam nagradzana. W taki sposób następny redaktor zaproponował mi kącik poetycki w swoim piśmie. Przez wiele miesięcy wzbraniałam się, twierdząc, że się tylko zbłaźnię, ośmieszę i że przecież nikt nie będzie chciał tego czytać. W końcu uległam, ale nie dlatego, że tego chciałam, ale głupio mi już było tak ciągle się wymigiwać. Z drżącym sercem wysyłałam pierwsze strofy. I następne też z nie mniejszym strachem i wstydem. Później obawiałam się wyjść na miasto, bo a nuż ktoś to jednak przeczytał i mnie wyśmieje. Pierwsza „zaczepiła” mnie pewna pani, znana mi tylko z widzenia, i powiedziała, że uwielbia moje wiersze. Pomyślałam, że żartuje, albo że mnie pociesza (coby mi smutno nie było, że jestem taka beznadziejna). Potem inni. W taki sposób poznałam również panią Juliannę, lokalną poetkę, która podeszła do mnie, zapytała czy ja to ja i oświadczyła, że… lubi moją twórczość. Byłam onieśmielona i… zszokowana. Naprawdę ktoś to czyta?!? Szczerze mówi, że mu się podoba?!?

Kiedy wysiadł mi komputer i nie miałam narzędzia pracy, pewien z redaktorów serwisu dziennikarstwa obywatelskiego zapytał mnie: może w jakiś sposób Ci pomóc? Nie rezygnuj, pisz.

A jeszcze później otrzymałam wiadomość od ówczesnego… Pana Starosty, który zaprosił mnie do współpracy. Polityka (również ta lokalna) to był dla mnie odległy świat i w ogóle nie wyobrażałam sobie, w jaki sposób ja mogłabym się przysłużyć Starostwu swoim piórem? Ja?!?

Po tych kilku sytuacjach pomyślałam: kurczę, może ja naprawdę MOGĘ pisać? Przecież nie zrobię tym chyba nikomu krzywdy, nie? No i tak powoli, powoli dałam się namówić, by troszeczkę wyjść z cienia. Właściwie sama sobie dałam w końcu to przyzwolenie.

Żeby samą siebie przekonać: „SPRÓBUJ, przecież nic nie masz do stracenia!”, zaczęłam stosować pewnego rodzaju afirmacje. Poczęłam zapisywać myśli innych ludzi na temat moich działań i kiedy czułam totalną bezmoc – patrzyłam sobie na tę kartkę. Nie polecam tego sposobu, bo poczucie wartości budowane na opiniach innych bywa złudne i grząskie (ale te wszystkie nagrody i kary z okresu dzieciństwa zostawiają w nas jednak jakiś ślad… również w obrębie „potrzeb”), niemniej… nasiąkałam wiarą innych w siebie samą. Oczywiście to nie jest tak, że ja nie znałam swoich mocnych stron (znałam je wyśmienicie, już od podstawówki), a jednak coś mnie ciągle blokowało. SAMA SIEBIE BLOKOWAŁAM.

Czasem bywamy dla siebie zbyt surowi, oschli, nie pozwalamy sobie rozwinąć skrzydeł. Pewnie ze strachu. Przed porażką. Przed osądem. Przed wystawieniem się na ocenę innych ludzi. Przed krytyką. Przed brakiem perfekcji.

„Zrobione jest lepsze od doskonałego” (mawia Ola Budzyńska – Pani Swojego Czasu).

Tego postanowiłam się trzymać. Dzięki temu jestem o wiele kroków dalej niż jeszcze kilka lat temu. Pozwoliłam sobie na ten progres, pracuję nad nim każdego dnia. Już nie chcę stać w miejscu, gdy mogę iść do przodu, oglądać interesujące widoki, spoglądać na inną perspektywę…

Wiecie co najmocniej mnie zaskoczyło, gdy zaczęłam sprzedaż swojej mini-książki? To, ile osób powiedziało mi: JESTEM Z CIEBIE DUMNY/DUMNA. Również osób, z którymi kontakt urwał mi się przed laty (taka kolej rzeczy, każdy ma swoje życie, swoje sprawy), z dzieciństwa, z okresu młodości (powinnam napisać „wczesnej młodości”, bo przecież ona nadal trwa ;)). Oni naprawdę szczerze to mówili. Ściskali mnie serdecznie, cieszyli się, wzrok ich uśmiechał się, gdy brali do rąk publikację, prosili o autograf. Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak wiele dobrych serc, umysłów i rąk go otacza. Niekiedy dobrze to sobie uświadomić, przypomnieć.

Dziękuję wszystkim tym, którzy wierzyli (i wierzą) we mnie mocniej, niż ja sama w siebie. Napisałam to również w podziękowaniach „Pasażerów na gapę”. Dzisiejszy tekst dedykuję właśnie im (nie, nie pasażerom, a tym, którzy wierzą). Gdyby nie ci wszyscy ludzie, którzy czasem wręcz wyciągali mnie za uszy do odpowiedzi, nie byłoby mnie tutaj. W sieci, na blogu. Siedziałabym dalej w swojej szufladce, albo czyściłabym toalety (nikomu nie ujmując, sama pół życia to robiłam ;)).

Mam do Was również prośbę: bądźcie wyrozumiali i życzliwi. Dla siebie samych, dla innych. Nie krytykujcie wciąż, nie hejtujcie, zanim osądzicie, powiecie, napiszecie złe słowo – komukolwiek (również sobie samemu) – wyważcie je, zastanówcie się, czy na pewno musicie to robić?

Ktoś może mógłby być pięknym motylem, ale boi się przepotwarzyć? Może boi się właśnie Ciebie, a może siebie samego? A jak przestanie się bać, może być kimś, kto zachwyci i zainspiruje… właśnie Ciebie. Może warto dać mu szansę uwierzyć w ludzi, uwierzyć w siebie? (Jowitko, powodzenia!)

Na którymś ze szkoleń Jason Hunt mówił o tym, że – parafrazuję i mogę coś przeinterpretować – przytłoczyć nas może krytyka, mimo że jest jedynie drobną cząstką głosów naszych czytelników, gdy nie zostanie zrównoważona dobrym słowem (no dobra, Jason na pewno tak nie mówił, ubrał to w całkiem inne zdania, ale „kradnę” jego myśl, więc się powołuję). I tak jest: wyolbrzymiamy te złe stany, nie doceniamy, albo za mało doceniamy pozytywy. A czasem naprawdę, gdy poskładamy te wszystkie drobinki na kupkę, dostrzeżemy, że tkwi tam ogromny potencjał. Rozproszony – gdzieś umyka. Potrafmy ujrzeć go w całości.

Wierzmy w siebie. Wierzmy w innych. Wierzmy w ludzi, po prostu. Okazujmy sobie szacunek, bądźmy dla siebie dobrzy, akceptujący, wyrozumiali i mili, nie szczędźmy feedbacku (jak już krytyka, to niech chociaż będzie potrzebna i konstruktywna). Niech rezonuje.

Jako puentę podam sytuację, która wydarzyła się trzy miesiące temu. Wymyśliłam, że podczas urlopu napiszę niedużą książeczkę, pierwszy raz pod swoim nazwiskiem (bo dotąd czyniłam to na zlecenie innych). I wtedy usłyszałam: nie możesz tego wydać, KTO TO BĘDZIE CZYTAŁ? Po raz milionpięsetstodziewięcsetpierwszy. Pierwszy raz od kogoś innego niż ja sama. I wiecie co zrobiłam? Zupełnie jak na tych obrazkach, które znaleźć można w sieci. Odwróciłam się i powiedziałam: zrobię to i nikt mnie nie zatrzyma…

Znajdź, swoją drogę, idź… (tego Ci życzę)